Hej: D
Według zamówienia dostarczam Wam opowieść miłosną. To jest jedynie pierwsza część ale to Wy zadecydujecie czy mam pisać następną. To napisałam ee... kilka miesięcy temu i zwyczajnie rzuciłam to w kąt. Mam nadzieję, że się Wam spodoba, bo z tego co pamiętam to włożyłam w to sporo pracy :D
Czytasz? UDOWODNIJ i skomentuj lub kliknij w odpowiedni kwadrat oceniając tekst!!!
ΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔΔ
Niepewnie szłam na przód patrząc na zachmurzone niebo z którego spadały zimne krople deszczu obmywające moją twarz. Krwistoczerwone włosy szarpane przez szumiące podmuchy powietrza przysłaniały mi oczy zasłaniając widok znienawidzonego przeze mnie miejsca. Nie słyszałam nic po za odgłosami niezwykle silnego wiatru. Nawet mój rytmiczny oddech zanikał w symfonii szumiących liści poruszanych przez szaloną bryzę. Szłam w stronę szkoły, naśladując zachowanie chłopaków ze szkoły kopałam każdy napotkany kamień, że one śmią stanąć mi na drodze! Zwyczajnie to ja byłam kopana jak kamień. Gdyby ktoś ty był to pewnie zostałabym popchnięta w krzaki przez dziko przepychający się do wejścia tłum. Dzisiaj nie było nikogo. Z niedowierzaniem włożyłam dłoń do kieszeni płaszcza w poszukiwaniu telefonu który mógłby powiadomić mnie o godzinie. Moje oczy otworzyły się tak szeroko jakby były przytrzymywane przez zapałki. Telefon pokazywały punktualnie trzecią nad ranem. Uniosłam wzrok spoglądając na budynek szkoły, następnie na wiszący na nim zegar którego wskazówki były zgodne z tymi na moim telefonie. Nie mogłam się nadziwić. Szybko skierowałam moje kroki w stronę wejścia. Na pierwszy rzut oka zobaczyłam, że drzwi szkoły były otwarte na oścież. Wyglądało to jakby budynek szczęśliwie zapraszał mnie do środka, jakby chciał żebym weszła. Ktoś zapomniał zamknąć drzwi które po wejściu zakluczyłam. Kładąc się przy grzejniku od którego było czuć jedynie chłód zaczęłam rozmyślać, w końcu moje powieki zrobiły się tak ciężkie, że opadły dając mi darmowy bilet to krainy marzeń i snów.
Moja głowa odskoczyła w górę. Moje uszy nadsłuchiwały jakichkolwiek odgłosów. Modliłam się w duchu, aby godzina była przed siódmą, nie chciałam aby ktokolwiek miał okazję obejrzeć mnie śpiącą przy szkolnym grzejniku. Wstałam z zabrudzonej podłogi biorąc moją wypełnioną książkami torbę. Wyszłam na zewnątrz i spojrzałam na zegar wiszący nad głównymi drzwiami wejściowymi aby obliczyć sobie ile czasu zostało jeszcze do pierwszej lekcji. Godzina była trzecia. Stałam jak wryta i gapiłam się na tykający przedmiot. Musiało minąć przecież kilka godzin. Tik- tak, tik-tak... Stałam i patrzałam, nie potrafiłam zrobić nic innego. Zegar chodził, tykał, ale wskazówki pokazywały tylko godzinę trzecią. Na zegarze widniały same trójki.
Słońce nadal chowało się za horyzontem, a księżyc nadal świecił na niebie. Tysiące gwiazd wisiało nade mną błyskając. W głowie miałam pustkę, nie rozumiałam już nic.
- Cześć. powiedział chłopak który chyba stał za mną już od kilku dobrych minut. Wystraszył mnie, chyba nawet nie celowo. - Co tak sterczysz i gapisz się na ten zegar? Zaskoczona spojrzałam na niego.
- Ah... Ci ludzie, jacyś niedorozwinięci. Zaraz pewnie zadasz tysiące pytań... o co chodzi... bleble... czemu jest tak ciemno... bleble... mówił, nie za bardzo interesowało mnie to co miał do powiedzenia, bardziej przyciągnął mnie jego wygląd który zaczęłam analizować podczas gdy on z brakiem dykcji niedbale wypowiadał słowa.
Chłopak miał na sobie czarne glany i długą, skórzaną pelerynę z rozszerzonymi na końcu rękawami. Miał czarne spodnie które chyba składały się tylko z kieszeni i wiszącego na spodniach srebrnego łańcucha sięgającego właścicielowi prawie po kolana. Jego prawy bok głowy był wygolony nad uchem, a włosy były przerzucone na lewą stronę przysłaniając część oka chłopaka. Jego oczy były bardzo ciemne, prawie czarne. Miał krwistoczerwone usta tworzące zaskakujący kontrast z jego kredową twarzą.
- No i w ten sposób się tu znalazłaś... powiedział wydychając do tej pory wstrzymywane powietrze. Spojrzałam na niego i zmarszczyłam oczy.
- Rozumiesz?
- Przep-przepraszam możesz... powtórzyć? wydusiłam. Szok nadal mi towarzyszył.
- Może lepiej gdybyś nie wiedziała... rozmyślał. - Chodź, nie powinniśmy tutaj tak stać, jeszcze coś nas zaatakuje. ostrzegł i rozglądając się dookoła wbił mi palce w ramię ciągnąc mnie za sobą do ciemnego lasu. Znałam ten las od dzieciństwa, ale teraz był jakiś inny. Panowała w nim niewytłumaczalnie specyficzna atmosfera która sprawiała, że ciarki chodziły mi po plecach.
Szliśmy ciemnym borem podczas gdy gwiazdy rozjaśniały ciemną noc oświetlając nam leśną drogę. Całą drogę towarzyszyła nam cisza, było słychać tylko odgłosy lasu. Chłopak najwyraźniej ignorował moją obecność, tylko od czasu do czasu przez ramię posyłał mi zaniepokojony uśmiech. Mój kompan chyba czegoś się obawiał, niestety w mojej głowie nie było żadnych myśli dotyczących tego, czego się bał. W końcu nie mogłam wytrzymać z ciekawości, i przerwałam cmentarną ciszę.
- Gdzie idziemy?
Coraz bardziej denerwowała mnie jego niemówność. Słońce zasłoniła już nocna kurtyna, a ja spaceruję sobie z nieznajomym po lesie, bez wiedzy do skąd zmierzamy. W moim sercu budził się niepokój.
Po kilku minutach byliśmy przy małym domku na drzewie. Ten domek został zbudowany przez moją klasę, kilka lat temu. W tej rzeczywistości jego stan był nienaruszony, ale w tej drugiej, mojej, wyglądał już jak przypadkowo ułożone deski.
Chłopak zręcznie wspiął się na drzewo i wszedł do domku. Wychylił głowę przez okno i ręką zachęcił mnie do wejścia na górę. Niechętnie chwyciłam się gałęzi i zaczęłam niezdarnie wspinać się po drzewie.
- Daj rękę, pomogę ci. powiedział wyciągając bladą dłoń. Chwyciłam ją i chłopak bez wysiłku wciągnął mnie do góry. Wytarłam ręce o spodnie i weszłam do środka domku wypatrując jakiś zmian wewnątrz. Wszystko było takie same. W podłodze był nawet stary schowek na słodycze.
- Tutaj szliśmy. odpowiedział na pytanie które wypadło z moich ust około dziesięć minut temu. - Chodź za mną. powiedział i podniósł drewniane deski pod którymi powinny znajdować się stare słodycze. Deski położył na stare łóżko dla lalek które stało w kącie domku, a następnie wskoczył do dziury znajdującej się pod deskami. Schowek przecież miał zaledwie pięć centymetrów, ale cała jego postać znikła w kryjówce na słodkości. Po kilku minutach usłyszałam popędzający krzyk chłopaka który zachęcał mnie do skoczenia w dziurę. Zajrzałam w nią. Pień od środka był pusty. Bez namysłu skoczyłam, jakby mnie ktoś popchnął. Przez kilka minut spadałam w dół. Strach ściskał mi żołądek i płuca, na koniec zaczęło mi się kręcić w głowie, i widok drzewnego tunelu znikł mi sprzed oczu.
Myślałam, że zamarznę. Moje całe ciało przeszywał chłód. Wstałam aby poszukać czegoś czym mogę się przykryć, następnie moje oczy zatrzymały się na szklanej ścianie pomieszczenia w którym się znajdowałam.
Za oknem widziałam zielone drzewa i kwiaty różnych kolorów tęczy która wisiała nad całą doliną. Takich roślin nigdy nie widziałam. Kontury kwiatów było pozłacane a same płatki wyglądały jak ze szkła. Wybiegłam na dwór zachwycona i zaczęłam patrzeć na odbicie mojej twarzy w płatkach kwiatów. Chciałam zerwać jednego, ale gdy tylko go dotknęłam rozpłynął się jakby go nigdy nie było. Podbiegłam do następnego i także jego płatków użyłam jako lustro, chciałam go zabrać, ale stało się to samo co z poprzednią roślinką, rozpłynęła się, a po niej zostały tylko pyłki złota które rzucane przez wiatr latały nad moją głową błyszcząc każdą znaną mi barwą. Żółty, zielony, niebieski, pomarańczowy... wszystkie te barwy i tysiące innych odcieni jaśniało od fruwających w powietrzu kryształków złota. Potężny podmuch wiatru odgonił pyłki ode mnie, a one poleciały do góry. Śledząc je wzrokiem zauważyłam, że miasteczko było chronione szklaną kapsułą na której leżały tony ziemi. W tej chwili byłam pewna, że na prawdę pod ziemią.
Zakręcone lampy oświetlały mroczne uliczki podziemnego miasta po których podążałam w poszukiwaniu mojego kumpla który mnie tu przyprowadził. Rozglądałam się za nim z nadzieją, że wytłumaczy mi wszystko gdy już go dorwę. Miałam ochotę walnąć go prętem w łeb, wiem, że zasłużył. Po kilkunastu minutach wędrówki uliczkami miasteczka zobaczyłam go leżącego na błyszcącej trawie. Podeszłam bliżej i zdenerwowana patrzałam na niego oczekując, że niedługo podniesie powieki i dostrzegnie, że stoję tutaj i wychodzę siebie z jego powodu.
- Hej. powiedział krótko patrząc na czóbek swoich butów.
- Możesz...
- Mi wytłumaczyć gdzie ja jestem... dokończył za mnie. - Mogę, a więc przyprowadziłem cię w bezpieczne miejsce, nie ma sprawy.
- Ale jesteś bezczelny! krzyknęłam a łzy już napływały mi do oczu.
- Spoko, nie rycz. Musiałem cię tu zabrać, nasz sąd chce cię widzieć bo przed tobą ważna decyzja. Gdybyś została tam już byś pewnie... tłumaczył zjadając końcówkę ostatniego zdania. Wstał i brutalnie przytulił mnie do siebie. Uważałam, że zachowywał się niestosownie ale nawet na myśl mi nie przyszło, aby strącić obejmujące mnie ręce.
- Ale o co tak dokładnie chodzi?
- Chodź, tym szybciej, tym lepiej. oświadczył i lekko popchnął mnie na przód. - Widzisz ten budynek tam na samym środku placu? zapytał pokazując mi budowlę.
- Widzę. wystękałam.
- Tam idziemy, oni już czekają. powiedział i przyśpieszył kroku. Zabrzmiało to dosyć dramatycznie, aż przeszły mi ciarki po plecach.
Po jakiś dwudziestu minutach staliśmy przed okazałą siedzibą sądu. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na chłopaka który z poważną miną objął mnie spojrzeniem i opowiadał o tym jak ważne może dla mnie być to spotkanie.
- Pamiętaj, tej decyzji nie da się odwrócić, jak już ją podejmiesz nigdy nie będzie możliwości cofnięcia jej...
Nie wiedziałam jaką decyzję miałam podjąć, a ciarki na plecach były tego efektem. Oboje postawiliśmy krok w kierunku szklanych drzwi. Chłopak otworzył je puszczając mnie przodem.
Przeszliśmy przez wielkie półokrągłe drzwi które były portalem do sali sądowej w której mieścił się jedynie rządek foteli na końcu sali. Siedzenia zajmował sąd. Na samym środku siedziała piękna blondynka. Była najpiękniejsza z ich wszystkich. Po jej obu stronach siedzieli dwaj faceci, rządek kończyły kolejne dwie kobiety. Wszyscy byli ubrani w fioletowe płaszcze na których widniał ręcznie wyszyty smok. Każdy był inny. Ten na szacie blondynki był czerwony ziejący niebieskim ogniem, za to na szacie faceta obok stworzenie było szkarłatne z ogonem schowanym pod resztą ciała i oduszczną głową w dół, patrzał się z pod byka złowrogim spojrzeniem. Xavier skinął im tylko i odebrał czarujące uśmiechy od każdej z kobiet. Faceci zazdrośni spojrzeli po sobie i znów wybrali Xavier'a jako cel ich obserwacji. Ja także byłam zazdrosna. Nie wiem czemu. Może czerwona róża zaczęła rozkwitać? Może kwiat rósł powoli aby następnie osiągnąć zaskakujące wielkości i uwolnić najpiękniejsze istniejące we wszechświecie uczucie którego tak bardzo pragnęłam, aczkolwiek nie potrafiłam w sobie odkryć. Przy nim czułam się niezręcznie i często paplałam o rzeczach które były powodem do późniejszego wstydu. Gdy siedziałam sama wypominałam sobie wszystkie głupie chwile które niestety miałam okazję doświadczyć. Siedziałam tak, zasłaniając sobie oczy i użalając się nad swoją głupotą. Bałam się, że oni jeszcze to pamiętają. Skoro ja pamiętam, czemu ktoś inny miałby zapomnieć? Faktem było to, że ja często rozpamiętywałam. Może te momenty nie były brane za momenty głupie lub niezręczne? Możliwe, że tylko ja miałam takie o nich zdanie. W każdym bądź razie wszystkie moje przeżycia które uważałam za głupie albo takie, o których lepiej zapomnieć przyklejały mi się do pamięci jak plastelina do dywanu, a wiadomo, że plasteliny się już nie sczyści. Zawsze umiałam tak świetnie porównywać...
Chłopak szturchnął mnie w ramię i uśmiechnął się zadziornie chwaląc się swoim perfekcyjnym uzębieniem którego nadal mu zazdrościłam. Nachylił się nad moje ucho i odgarniając moje włosy szepnął mi do ucha:
- I co ty na to? chłopak nie spuszczał oczu z czekającej na odpowiedź członkini rady.
- Na co? krzyknęłam zaskoczona po chwili zdając sobie sprawę z tego jak głośno wypowiedziałam te słowa. Chłopak zaczął się śmiać i chwytając mnie za rękę oświadczył, że zajmie się mną i pomoże podjąć decyzję.
- Świetnie. wydusiła blondynka i siadając oznajmiła, że już nas tu nie trzyma. Chłopak machnął do nich ręką, następnie objął mnie ją gwałtownie przyciągając mnie bliżej siebie co sprawiło, że straciłam równowagę i prawie się potknęłam na co Xavier wybuchł śmiechem. Teraz jego śmiech był jakiś inny, nie było to chichotanie, ani żaden wymuszany śmiech, nie. Śmiał się tak wesoło i beztrosko. Także mi udzielił się jego humor i zaczęłam się uśmiechać, lecz uśmiech powędrował ku podłodze gdy tylko wielkie wrota zamknęły się. Xavier szybko włożył swoje ręce do kieszeni spodni i zamilkł, lecz radosny uśmiech został na jego perfekcyjnej buzi. Zaskoczona spojrzałam na niego zwalniając kroku.
- Eh, przepraszam za to przedstawienie. Musiałem jakoś dać znać Uweyi, że nie jestem zainteresowany, a ty mi w tym pomogłaś. zakłopotany obracał swój pierścień w okół palca. Mieli tu chyba jakąś obsesję na punkcie smoków. Jego błyskotka także była miniaturką smoka którego cielsko ciasno owijało się w okół palca jego właściciela. Potwór miał otwartą paszczę która obnażała swoje kły chroniące spoczywający w gardle zielony klejnot.
- No, ale nie mów... że nie podobało ci się. chłopak trącił mnie w bok. Ta wypowiedź była dla mnie kłopotliwa, iż nie mogłam znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. Miałam potwierdzić czy zaprzeczyć? Jak dam mu rację, będzie mi lekko niezręcznie, jak nie, możliwe, że już nigdy mnie nie zamknie w swoich ciepłych objęciach. Postanowiłam, że zmienię temat.
- Gdzie idziemy?
- Haha! wybuchł śmiechem. - Sam nie wiem, tego... eh. Na przód! Idziemy poszukiwać przygód. zatrzymałam się i umieszczając dłonie na biodrach pokręciłam głową.
- Ja nie chcę szukać przygód. chłopak zrezygnowany wypuścił powietrze i spojrzał ku niebu pożerając kolejną porcję powietrza. Swe kroki skierował ku mnie i ujmując moją twarz w swoje dłonie spojrzał mi w oczy zaoferował mi inny zestaw rozrywek.
- Możemy wyjść na powierzchnię. Niedaleko jest morze którego szumu dawno nie słyszałem. Rozgwieżdżone niebo wisi tam niżej, wydaje się, że gdyby się postarać można by było dotknąć go i sięgnąć po złote ozdoby które bezustannie odbijają się w przezroczystej wodzie która zaskakuje gorącem. Tam woda jest jak lustro. Patrząc na nią, mogłabyś podziwiać swoją urodę którą moje oczy cieszą się od dnia w którym zjawiłaś się u nas wypełniając mój świat najróżniejszymi barwami. Wolisz taki pakiet? powiedział nadal przenikliwe patrząc na mnie. Byłam zakłopotana. Znowu nie wiedziałam co odpowiedzieć. Mogłam wybrać między niebezpieczną przechadzką lub pójściem nad morze z Xavier'em. Gdybym wybrała opcję drugą, musiałabym mu w jakiś sposób powiedzieć, że czuję coś do niego. Te kilka słów mogłoby zamieni się w coś więcej. Bałam się związków tak samo jak pragnęłam wplątać się w labirynt uczuć. Moje obawy nie pozwalały mi na danie mu jakichkolwiek złudzeń na temat rozkwitającej we mnie róży. Głęboko we mnie czułam potrzebę kogoś kto zrozumie i ogrzeje swoim ciepłem. Tego płomienia nie dało się nazwać. Czułam, że coś we mnie żarzy się, ale jeszcze nie wiedziałam co, powoli na myśli przychodziły mi odpowiedzi. Pragnienie dotknięcia jego ust swoimi były nieograniczone. Unikając jego wzroku, zjechałam niżej moim spojrzeniem zatrzymując się na czerwonym jak dojrzałe jabłko ustach mojej pasji. Dygocącą z nerwów ręką powoli musnęłam jego policzek, następnie dałam się ponieść.
Chłopak delikatnie odsunął mnie od siebie, to obudziło we mnie rozczarowanie.
- Zgaduję, że wybierasz drugą opcję.
Przez resztę drogi nie wiedziałam jak się zachować. Dreptałam na przód co chwilę czując jego spojrzenie wysyłane w moją stronę. Także on nie wiedział jak zakłócić idealną ciszę panującą między nami.
- Widzisz tą kamienną drogę? Gdy tylko dojdziemy do jej końca będziemy na miejscu, a w tedy opowiem ci najciekawsze i najbardziej szalone historie które kiedykolwiek mi się przytrafiły.
- Opowiadać możesz zacząć już teraz. poprosiłam.
- A więc... hmmm... Pewnego razu przybyła tutaj pewna dziewczyna o imieniu Dąbrówka. Była to najśmieszniejsza osoba którą kiedykolwiek znałem. Pewnego razu, gdy została wezwana przez radę, na rozmowę dotyczącą wyboru, który zresztą i ciebie czeka... już niedługo. wbił wzrok w ziemie. Przyglądałam mu się uważnie. - Dziewczyna odwaliła tam niezłą scenę, nie powiem, że nie. Była to najbardziej wybuchowa konwersacja jaką słyszałem. Alternatywy nie pasowały jej, chciała być i tu i tam więc z nadzieją, że jej terroryzowanie miasta przyniesie jakiekolwiek korzyści wykradła klejnot światła i od tej pory wiecznie trwała noc. Dąbrówka zdecydowała się opuścić nas i przechytrzając strażników zabrała ze sobą skarb naszego wymiaru i co się z tym wiąże, ciepłe promyki słońca.
- A tak na prawdę, czemu tak jest?
- Przecież właśnie opowiedziałem ci czemu...
- Ale ja w takie opowieści już nie wierzę!
- Tutaj wszystko jest możliwe. odparł krótko tajemniczym tonem uśmiechając się do mnie spojrzeniem.
Kręta ścieżka prowadziła nas do celu przez najpiękniejszy las którym do tej pory wędrowałam. Powoli zielone igły drzew odsłaniały najwspanialszy krajobraz ujrzany przez moje oczy. Wszystko było tak jak opisał to Xavier. Złote gwiazdy błyszczały na przepięknym nocnym niebie. Ich blask rzucał światło na wodę odbijając się w niej. Czarna noc ogarniała mnie wszędzie odkąd pojawiłam się tutaj, ale w tym miejscu wyglądała najpiękniej. Nawet piasek wyglądał jak małe brylanty. Świecił się i mienił w blasku księżyca. Pobiegłam nad wodę i przejrzałam się w niej.
- Mogę się w niej przejrzeć. szepnęłam zaskoczona.
- Mówiłem. odparł z szerokim uśmiechem na twarzy. Ten uśmiech zawsze sprawiał, że i ja miałam ochotę się śmiać. Jego uśmiech zawsze był taki szczery i promieniejący radością. Gdy śmiała się jego buzia, śmiały się również oczy. - Już dawno chciałem tu z tobą przyjść i pokazać ci tańczące chochliki. Te stworzenia tańczą tylko wtedy kiedy ktoś w pobliżu jest szczęśliwy.
- A ty jesteś?
- Nawet bardzo. odpowiedział patrząc mi głęboko w oczy sprawiając, że zaniemówiłam.
Xavier położył się na pisaku, zrobiłam to samo. Oboje zaczęliśmy wpatrywać się w niebo i gwiazdy.
- Amelio, będę bardzo tęsknić jak odejdziesz. stwierdził ze smutkiem. - Bardzo... powtórzył i ponownie spojrzał na niebo.- Musisz wybrać, możesz być tutaj albo tam. Wyboru musisz dokonać w ciągu tego tygodnia.
Nie miało mnie być w domu przez cały tydzień?! Rodzice zabiją mnie!
- Jak to przez tydzień?! Ma mnie nie być w domu przez tydzień?
- Tutaj czas leci wolniej. Dzień tutaj to sekunda w twoim świecie. Bądź spokojna. Do tej pory nikt nie spostrzegł, że cie nie ma. wypuściłam oddech i położyłam się na piasek z ulgą. Xavier opowiedział mi, że Uweya właśnie to zadanie oprowadzenia mnie po tym świecie, miał mi wszystko pokazać a potem pomóc z wybraniem świata w którym chcę żyć.